Stres i choroba – wspólnicy w zmowie

Stres i choroba na dłuższa metę dość mocno się lubią. Długotrwałe oraz poważne chorowanie wywołuje stres, a przewlekły stres powoduje choroby. Jest to już powszechna wiedza. Stres jest reakcją na bodziec, to odpowiedź naszego organizmu na każde wyzwanie pochodzące z otoczenia. Nie każdy stres jest zły, właściwie jego istotą i głównym zadaniem jest pomaganie nam. W dzisiejszych czasach ma jednak przede wszystkim negatywne konotacje – kiedy mówimy lub słyszmy o stresie prawie zawsze myślimy o czymś szkodliwym. Taki stres można nazwać klątwą naszych czasów – stresujące bodźce są wszechobecne w naszym otoczeniu, ale nie są to stresory w postaci bezpośredniego zagrożenia życia. Nauczyliśmy się bać się wielu rzeczy i zjawisk, które w obiektywnej rzeczywistości same w sobie nie mają mocy, by nas unicestwić.

Układ nerwowy pod wpływem stresu, który wynika z postrzeganego zagrożenia, działa w trybie walki i ucieczki, mobilizując się do działania obronnego. Jest to fizjologiczna reakcja układu nerwowego przewidziana i zaprojektowana przez ewolucję do szybkiego ratowania nas z niespodziewanych opresji. Mechanizmy te w ekstremalnych sytuacjach ratują nam życie, mobilizując wszystkie drzemiące w nas i chowane na specjalne okazje siły.

Jest to „atrakcja” bardzo kosztowna energetycznie i dlatego przewidziana na krótkotrwałe działanie, po którym w naturalny sposób powinniśmy przejść w stan odpoczynku i regeneracji. Tak działa naturalna, zdrowa równowaga autonomiczna pomiędzy współczulnym i przywspółczulnym układem nerwowym. Kiedy nadużywamy współczulnego trybu działania, powoli nas to wyniszcza. Długotrwały stres wyczerpuje naturalne zasoby zdrowienia i osłabia organizm. Codzienne funkcjonowanie staje się coraz trudniejsze.

Tempo cywilizacyjnego rozwoju jest tak duże, że zewnętrzny świat zmienia się dużo szybciej, niż nasza biologia. Nasze wrodzone mechanizmy radzenia sobie z zewnętrznymi wyzwaniami nie nadążają w swojej ewolucji za tempem zmian świata wokół nas. Jednym z efektów jest to, że aby radzić sobie z codziennymi wyzwaniami używamy tych samych mechanizmów, które dawno temu wykształciły się w nas dla ratowania życia.

Stresujemy się najczęściej dlatego, że boimy się o siebie. W codziennym życiu mnóstwo jest do tego zwykłych okazji – pośpiech, pieniądze, praca, sytuacje towarzyskie, opinie społeczne, „złośliwość rzeczy martwych”… można wymieniać niemal bez końca. Długotrwałe chorowanie tak samo może być, i bardzo często jest, źródłem wielu lęków. Co będzie ze mną i z moimi bliskimi? Czy wyzdrowieję, czy będę w stanie pracować, czy wystarczy mi środków na leczenie, czy stracę niezależność, kto się zajmie…?  W całym tym szumie z czasem przestajemy słyszeć siebie i tracimy kontakt ze źródłem zdrowia, z tą wewnętrzną siłą, która do tej pory nieustannie pomagała nam żyć i być, która jest nami od samiutkiego początku. Nasze wrodzone zdrowie, ewolucyjna siła życia, zakodowana w każdej komórce naszego ciała i nastawiona na jeden cel – przetrwanie. Przestajemy jej ufać.

W chorobie nowotworowej, oprócz samej choroby i jej efektów fizjologicznych, chory bardzo często doświadcza negatywnych skutków emocjonalnych chorowania, leczenia oraz ich wpływu na życie chorego i jego najbliższych. To między innymi lęk i strach, poczucie niepewności, frustracja, żal i smutek, a nawet depresja. Często chorzy na nowotwory żyją w stanie przewlekłego stresu emocjonalnego, który nakłada się na czysto fizjologiczne obciążenie, jakim jest dla organizmu sama choroba ciała.

Podobnie wygląda sytuacja, kiedy osoba chora doświadcza przewlekłego bólu (przewlekły ból towarzyszy bardzo wielu chorobom). Ból utrudnia życie, ogranicza i wyczerpuje. Prawdopodobnie są to główne przyczyny tak wielkiej „popularności” leków przeciwbólowych, zarówno w medialnych reklamach, przy kasach kiosków i supermarketów, jak i w domowych apteczkach, torebkach pań i kieszeniach panów. Kiedy ból towarzyszy nieustannie i nie cichnie, często powoduje irytację – jest niewygodny, nieprzyjemny i nie pozwala normalnie pracować, wypoczywać, cieszyć się ulubionymi zajęciami. Kiedy uniemożliwia zarabianie, pojawiają się kolejne egzystencjalne „lęko-stresy”.

W przypadku przewlekłego stresu bodziec postrzegany jako zagrożenie nie znika z horyzontu – tak jak nie znika diagnoza nowotworu czy np. choroby zwyrodnieniowej. Nasza fizjologia reaguje na naszą interpretację sytuacji – to, jak ją postrzegamy i jakie znaczenie dla naszego życia jej przypisujemy. Na zagrożenie w pierwszej kolejności reagujemy współczulną mobilizacją do walki i ucieczki, która ma konkretne przełożenie na naszą fizjologię – pobudzone przez układ nerwowy nadnercza wydzielają hormony stresu, które wywołują między innymi takie zmiany jak: wzrasta tętno i ciśnienie krwi, oddech przyspiesza, zmysły się wyostrzają i koncentrują, glukoza uwalnia się do krwi, trawienie spowalnia. Jeśli stresujący bodziec działa stale i taki tryb funkcjonowania długotrwale nam towarzyszy, zmiany w fizjologii mogą doprowadzić do zwiększonego ryzyka zawału lub udaru, nadwagi, problemów ze snem, niestrawności, migren, problemów z koncentracją i pamięcią oraz bezpłodności.

Kiedy organizm zbyt długo działa na zbyt wysokim biegu, wyczerpuje się. Układ odporności słabnie i coraz gorzej radzi sobie z codziennymi wyzwaniami. Stres utrudnia i spowalnia powrót do zdrowia w przypadku długotrwałej choroby i wyczerpującego leczenia. Może też powodować nagłe zaostrzenie lub ponowne pojawienie się objawów i czyni nas bardziej narażonymi na infekcje, zachorowania i wypadki. A ból? Taki wewnętrzny stres często nasila lub przedłuża ból, co powoduje więcej stresu i błędne koło się nakręca. Napięte ciało ogranicza oddech i zamyka w bólowym wzorcu. Leki nie działają, a cierpiący desperacko szuka pomocy, lub poddaje się…

Podejście biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej.

„Celem biodynamicznego podejścia w terapii nie jest usuwanie urazów i lezji, ale obserwacja, jak pacjent szuka i nawiązuje relację ze swoim Zdrowiem. To z kolei aktywuje proces leczniczy leżący daleko poza obszarem zasięgu jakiejkolwiek techniki pochodzącej od człowieka.”

James S. Jealous DO, sierpień 2020[i]

Orientacja na zdrowie to jedna z największych sił terapii biodynamicznej. Zgodnie z tym spojrzeniem istnieje część nas zawsze absolutnie doskonała, która nie choruje, nie wyczerpuje się i nie ulega stresowi. Zdrowie nigdy nie zostaje utracone. To siła kierująca nami od momentu poczęcia, siła, która wyznacza kierunek i tempo naszego stawania się, wzrostu i rozwoju. Ta głęboka inteligencja wie, jak leczyć – zawiera kod zapisany na samym początku naszego życia, który doskonale wie, jak stworzyć doskonałe ludzkie istnienie. Działa w każdej komórce naszego ciała przez całe życie i kieruje się na zdrowie i równowagę.

Ciało jest wysoce inteligentnym układem samo-uzdrawiającym, samo-regulującym i samo-integrującym. Z tego punktu widzenia potencjał zdrowienia jest już zawarty w samej chorobie. Jest to nasz wrodzony plan leczenia – mapa na drodze do pełni zdrowia. Informuje on terapeutę o tym, co oraz w jakiej kolejności musi się wydarzyć, by przywrócić zdrowie. Zadaniem terapeuty jest wsłuchanie się w te siły i podążanie za nimi, by ułatwić im działanie. Nie ma w tym żadnej odgórnej analizy, diagnozy ani recepty czy procedury leczenia. Terapeuta trenuje umiejętność spoczywania w ciszy, dostrajanie się do wrodzonych rytmów i cykli pierwotnego oddychania, rozpoznawanie priorytetów wrodzonego planu zdrowia oraz podążanie za nimi bez oceny i z zaufaniem. Jeden z ojców tej pracy, doktor osteopatii Rollin Becker ujął to bardzo zwięźle mówiąc: „Zaufaj pływowi i usuń się z drogi[1].

Zgodnie ze wszelkimi naukami o umyśle i tradycjami pracy z umysłem wszystko, na czym się skupiamy rośnie –  dzięki energii naszego skupienia zawartej w umyśle. Jeśli zatem w terapeutycznych poszukiwaniach skupiamy się na zdrowiu, to jego poziom wzrasta. W taki sposób terapia biodynamiczna „leczy” choroby – odwołując się do czegoś dużo bardziej fundamentalnego i głębiej leżącego niż sama choroba. Jeśli terapia okazuje się skuteczna – to właśnie dlatego, że wzmacnia zdrowie, a nie likwiduje chorobę.

[1] Cyt. za: Franklyn Sills, Foundations in Craniosacral Biodynamics volume 1, p. 51

[i]  https://www.jamesjealous.com/reflections/

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Przewiń do góry